Podróż Spełnionych Fantazji Veronici i Julii do Włoch

W upalną czerwcową niedzielę rozpoczęła się magiczna podróż marzeń Veronici i Julii do Włoch. Właściwie, to już dzień wcześniej, kiedy Veronica pomknęła Pendolino z Krakowa do Warszawy, a Julia samolotem z Goleniowa. Dziewczynki mają skończone 13 lat. Obie zmagają się z ciężkimi, przewlekłymi chorobami.

Veronica cierpi na nieuleczalną chorobę genetyczną - mukowiscydozę. Postępujące upośledzenie wchłaniania i trawienia oraz nasilająca się choroba oskrzelowo-płucna wymagają codziennych inhalacji, drenaży, diety i leków.

Julia, mieszkająca w Miodowicach, malutkiej wsi na północno-zachodnim krańcu Polski, również żyje z piętnem nieuleczalnej choroby, choć wcale tego po niej nie widać. Dziewczynka spędziła pół życia w szpitalu, kilkakrotnie otarła się o śmierć i 9 razy leżała na stole operacyjnym. Kolejne diagnozy spadały na nią niczym gromy – zarośnięcie dwunastnicy, wady serca, kamienie w woreczku żółciowym, nadciśnienie, żylaki przełyku, nadżerki żołądka, małopłytkowość, powiększenie śledziony. Większość z nich wynika z choroby głównej, jaką jest blok przedwątrobowy – Julia nie ma żyły wrotnej, doprowadzającej krew do wątroby. Jej codzienność obwarowana jest najróżniejszymi ograniczeniami, zakazami i zaleceniami.

Choroba bardzo doświadczyła nasze młodziutkie podopieczne, przysporzyła im wiele cierpienia i łez, ale jednocześnie nie zdołała odebrać marzeń ani pozytywnego spojrzenia na świat. Dziewczyny posiadają ogromną wolę walki i chcą się cieszyć każdym dniem, każdym momentem! Połączyło je wspólne pragnienie o wyjeździe. Veronica chciała zobaczyć Neapol, odwiedzić miejsce, gdzie się urodziła. Julia marzyła o podróżowaniu, zwiedzaniu – Wieczne Miasto, Rzym, to był jej cel. Obie chciały odwiedzić grób św. Jana Pawła II, marzyły też o audiencji u papieża Franciszka, żeby prosić go o modlitwę.

Nastolatki przyjechały z mamami do Warszawy w sobotę. Przenocowały w luksusowym hotelu Courtyard by Marriott przy samym lotnisku. Bardzo wcześnie rano w niedzielę poznały się z przedstawicielką Fantazji – Asią, z którą poleciały do Włoch. Lot do Neapolu minął miło i  bez żadnych turbulencji. Stolica Kampanii przywitała nas pięknym słońcem.  Zostawiłyśmy walizki na dworcu i ruszyłyśmy na zwiedzanie tego niezwykłego miasta. Z Placu Garibaldiego pojechałyśmy metrem na niesamowitą stację Toledo, której wystrój odnosi się do przesłania „podróż między lądem a morzem”. Następnie trafiłyśmy na stację, w której można się poczuć jak w podwodnych głębinach, ponieważ wyłożona jest mozaiką. Stacje metra są jak galerie wypełnione dziełami sztuki.

Mama zabrała Veronicę na przedmieścia, aż do Bagnoli. Tam pokazała córce, gdzie mieszkały, gdzie chodziły na spacery, w którym szpitalu się urodziła, gdzie wykryto jej chorobę, gdzie rozpoczęło się leczenie. Nastolatka praktycznie całe życie spędziła w Krakowie, ale ważne było dla niej poznać miejsce, w którym przyszła na świat i przeżyła pierwsze pół roku. Tam są jej korzenie.

My z Julią spacerowałyśmy po największym w Europie, historycznym centrum Neapolu. Wspaniałe pałace, kościoły z chłodnymi wnętrzami, urokliwe place, wąskie uliczki i pranie suszące się nad głowami przechodniów. Obrazki jak z filmów. Pojechałyśmy na najwyższe wzgórze Neapolu, czyli Vomero i wspięłyśmy się na zamek Sant’Elmo. To XIII-wieczna budowla, częściowo wykuta w skale, z której roztacza się zapierający dech w piersiach widok na Neapol, Zatokę Neapolitańską i potężnego Wezuwiusza. Panorama była tak piękna, że nie miałyśmy ochoty na powrót do gwarnego miasta. Przespacerowałyśmy się po Vomero i wróciłyśmy metrem na Plac Garibaldiego. Spotkałyśmy się z Veronicą i jej mamą i poszłyśmy na oryginalną neapolitańską pizzę. Pełne południowych smaków, słońca, obrazów, wspomnień, wsiadłyśmy do superszybkiego pociągu, który z prędkością 200 km/h zawiózł nas do Rzymu. Jak tylko opuściłyśmy Neapol, niebo zrobiło się czarne i zaczął padać rzęsisty deszcz. Jakby miasto płakało za nami.

Paweł czekał na nas na stacji i po godzinie jazdy samochodem dotarliśmy do Bracciano. Paweł i Gosia to niezwykłe polskie małżeństwo, mieszkające z synem Michałem we Włoszech od kilkunastu lat. Są wspaniałą, wyjątkową rodziną, która udostępnia chorym dzieciom swój dom, dba o nie, karmi, bawi, doradza. Pomaga nie tylko w przeżyciu niezapomnianej przygody, ale też potrafi wysłuchać, pocieszyć, przytulić, dodać otuchy. Albo… zorganizować spotkanie z papieżem, ale o tym za chwilę. Po przepysznej włoskiej kolacji nastąpił wybór łóżek. Veronica z Julią jednogłośnie zdecydowały się na łoże małżeńskie, ponieważ od pierwszej chwili bardzo się polubiły. Po inhalacji Veronici i rozmowach na tarasie, wszystkie szybko zasnęłyśmy po intensywnym dniu.

W poniedziałek nastolatki obudziły się przytulone, jakby były siostrami, a nie dziewczynkami, które poznały się dzień wcześniej. Po śniadaniu pojechałyśmy pociągiem do Watykanu. Mimo że znany z telewizji, Plac św. Piotra i tak zrobił na wszystkich ogromne wrażenie. Ustawiłyśmy się w kolejce do wejścia do bazyliki i niebawem dołączyła do nas Kasia Kuraszkiewicz https://www.facebook.com/people/Kasia-Kuraszkiewicz/100006587866557. To licencjonowana przewodniczka, która poświęciła nam kilka godzin i pokazała to, co w Rzymie trzeba zobaczyć. Przekazywaną wiedzę wprost fantastycznie dostosowała do wieku odbiorców, naszych trzynastolatek. Nie zanudziła żadnej, a tylko rozbudziła zainteresowanie historią i kulturą Wiecznego Miasta. Odkrywanie zaczęłyśmy od bazyliki św. Piotra. Po przejściu obok Świętych Drzwi naszym oczom ukazał się największy i najważniejszy kościół chrześcijański. Kasia opowiedziała nam mnóstwo ciekawych rzeczy o bazylice. Zwróciła uwagę na istotne rzeźby, jak Pieta Michała Anioła, grobowce, zmumifikowanych papieży, wspaniałe mozaiki. Dziewczynki z mamami były bardzo wzruszone, kiedy modliły się przy grobie „naszego” papieża, św. Jana Pawła II. Tam mogły podziękować za dotychczasowe sukcesy w walce z chorobą i poprosić o zdrowie. Dalej, obowiązkowo, pogłaskały św. Piotra po stopie, a Veronica odnalazła rzeźbę swojej patronki. W grobowcach odwiedziłyśmy grób samego św. Piotra.

Po niemal dwóch godzinach, spędzonych w przyjemnym chłodzie, wyszłyśmy na zalany słońcem i żarem Rzym. U podnóża murów zamku św. Anioła nieco się posiliłyśmy i przeszłyśmy mostem św. Aniołów na drugi brzeg Tybru. Idąc uliczkami Rzymu, cały czas dowiadywałyśmy się czegoś o architekturze, sztuce, o czasach starożytnych, średniowieczu i współczesności. Każda wąska, obrośnięta bluszczem i kwiatami uliczka wywoływała westchnienia zachwytu. Upał dawał się nam we znaki, zwłaszcza dziewczynkom. Ochłodziłyśmy się przepysznymi włoskimi lodami. Z energią dotarłyśmy na Plac Navona, który jest zbudowany na starożytnym stadionie. Zatrzymałyśmy się na chwilę przy fontannie Czterech Rzek i poszłyśmy dalej na Plac Rotundy. Jest to duży plac, z ogromnym, zachwycającym budynkiem po środku. Architektoniczne dzieło sztuki - Panteon, niesamowita budowla, licząca niemal 2 tysiące lat. Świątynia wszystkich bogów, obecnie również pełniąca funkcję kościoła. W cieniu murów nabrałyśmy sił i ruszyłyśmy w kierunku fontanny Di  Trevi. Po drodze zatrzymałyśmy się przy sklepie z najsłynniejszym drewnianym pajacem, Pinokiem i obejrzałyśmy kolumnę Marka Aureliusza. Tłum turystów, oblegający fontannę, nie przeszkodził Veronice i Julii wrzucić do wody monet, które miały sprawić, że kiedyś jeszcze wrócą do Rzymu.

Zmęczone i głodne zjadłyśmy spaghetti z rewelacyjnym sosem pomidorowym i pożegnałyśmy się z naszą skarbnicą wiedzy i ciekawostek o Rzymie, przemiłą Kasią. Wzmocnione, pełne nowej energii, ruszyłyśmy na podbój Schodów Hiszpańskich i… sklepów. Na Placu Hiszpańskim uzupełniłyśmy zapas wody z pięknej fontanny, stojącej u podnóża niezwykłych Schodów Hiszpańskich. Słynną Via dei Condotti dotarłyśmy do mostu Cavour, mijając po drodze rzymskie sklepy Prada, Gucci, Giorgio Armani, Bulgari, Burberry, Michael Kors, Dolce&Gabbana, Ferragamo, Cartier, Max Mara, Tffany, Swarovski, Fendi, Ferrari. Czułyśmy się jak w filmie. W szał zakupów wpadłyśmy jednak dopiero na drugim brzegu Tybru, buszując wśród pamiątek.

Nagle zrobiło się ciemno, zaczął wiać silny wiatr, więc przyspieszyłyśmy kroku i schroniłyśmy się przy zamku św. Anioła. Nadciągnęła wielka ulewa. Padał deszcz i grad. Pół godziny później klucząc wśród kałuż, wzmocniłyśmy się włoską kawą oraz sokami w restauracji nieopodal Placu św. Piotra.  Wszystkie byłyśmy już zmęczone. W końcu spacerowałyśmy po Rzymie około 7 godzin! Wróciłyśmy do Bracciano, gdzie czekała na nas przepyszna włoska kolacja. Opowieściom i relacji z dnia pełnego wrażeń nie było końca!

We wtorek pojechałyśmy do Koloseum, ale najpierw obejrzałyśmy Circus Maximus, czyli najstarszy i największy cyrk starożytnego Rzymu, na którym odbywały się m.in. wyścigi rydwanów. Stamtąd wybrałyśmy się na spacer po Awentynie. To oaza spokoju i ciszy, zaledwie 2 km od Koloseum obleganego przez rzesze turystów. Naszym celem był zakon Kawalerów Maltańskich, a dokładnie brama główna, a jeszcze dokładniej… dziurka od klucza! Kiedy przyłoży się oko do małego otworku, ujrzy się bazylikę św. Piotra. Niesamowity widok, niesamowita sztuka, złota perspektywa. Julia i Veronica nie mogły oderwać się od tej niezwykłej dziurki, a potem próbowały zrobić przez nią zdjęcia.

Z kojącego Awentynu wpadłyśmy w zgiełk turystycznych atrakcji. Zjadłyśmy drugie śniadanie, siedząc na antycznej kolumnie. Weszłyśmy do Koloseum i chodząc po wszystkich piętrach i zakamarkach, starałyśmy się wyobrazić sobie starożytne igrzyska, odbywające się w tym amfiteatrze prawie 2 tysiące lat temu. Najbardziej brakowało nam dachu, który choć trochę chronił starożytnych przed żarem lejącym się z nieba. Następnie udałyśmy się do Forum Romanum. Wspięłyśmy się na Palatyn, gdzie podziwiałyśmy piękne ogrody. Spacerowałyśmy pomiędzy ruinami starożytnych budowli, odpoczywałyśmy siedząc na kolumnach, czułyśmy się jak Rzymianki z przełomu er. Veronica słabo się poczuła i została z mamą, podczas gdy my z Julią poszłyśmy zobaczyć Święte Schody i bazylikę San Giovanni na Lateranie. Kościół, mimo że mniejszy od bazyliki św. Piotra, robi ogromne wrażenie. Wróciłyśmy pod Koloseum, skąd razem z Veronicą i jej mamą przeszłyśmy, mijając Forum Romanum i Forum Trajana, do Placu Weneckiego z jego ogromnym Ołtarzem Ojczyzny. Jest to pomnik poświęcony pierwotnie Wiktorowi Emanuelowi II, który zjednoczył Włochy. Dziś poza unifikacją, upamiętnia wolność narodu oraz jest Grobem Nieznanego Żołnierza. Jest też charakterystycznym punktem, dobrym miejscem spotkań dla Rzymian. Odpoczęłyśmy na jego chłodnych marmurowych stopniach i posiliłyśmy porcją przepysznych lodów. Nieco wzmocnione, zaglądając do sklepów, udałyśmy się do polskiego kościoła p.w. św. Stanisława. Po co tam przyszłyśmy? W biurze ks. Prałat Paweł Ptasznik podarował nam zaproszenia na środową audiencję generalną u papieża Franciszka w Auli Pawła VI.

Rzym znałyśmy już całkiem nieźle, więc  autobusem dojechałyśmy do metra, metrem do pociągu i wróciłyśmy do Bracciano, aby obejrzeć drugą połowę meczu Polski z Senegalem na rosyjskim Mundialu. Wyniku nie będziemy wspominać mile, ale włoską kuchnię i te emocje, kiedy Gosia powiedziała o audiencji, o tym jak blisko papieża będą dziewczynki, z pewnością na długo zostaną w pamięci Veronici i Julii.

Następnego dnia musiałyśmy wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć do Watykanu na audiencję z papieżem. Pokazałyśmy nasze zaproszenie ochroniarzowi, który pokierował nas do jednej z bram wiodących do Watykanu. Mijałyśmy kolejnych policjantów, gwardzistów, wszyscy nas witali. W auli Pawła VI było niewiele osób. Nastolatkom i ich mamom wskazano miejsca w specjalnym, wydzielonym sektorze dla „wybrańców”, dla osób chorych z opiekunami, do których papież podchodzi osobiście i ich błogosławi. To była niesamowita chwila. Julia i Veronica nie mogły uwierzyć, że będą tak blisko papieża. Chorych przybywało z każdą chwilą, aż zapełnił się cały sektor. Niespodziewanie, bez żadnej zapowiedzi pojawił się na podeście papież Franciszek. Przywitał się ciepło z wiernymi i prosił, aby się za niego modlić. Zszedł do chorych, przy każdym się zatrzymał, podał rękę. Napięcie rosło... Kiedy zbliżył się do naszych marzycielek, dziewczyny miały gardła ściśnięte ze wzruszenia, nie mogły wydobyć z siebie słowa. A kiedy papież Franciszek pobłogosławił je, kładąc rękę na głowie, łzy szczęścia same popłynęły z ich oczu. Mogły ucałować pierścień Ojca Świętego. Każda otrzymała przepiękny różaniec i pamiątkowy obrazek.

Papież, modlitwa i błogosławieństwo, tyle emocji… Wyszłyśmy na plac, gdzie papież Franciszek kończył już objazd wokół zebranych. Ojciec Święty mówił o tym, że Bóg nie jest despotą, który chce nam coś narzucać lub zakazywać, lecz Ojcem, który troszczy się o nas i kieruje do nas swoje słowo, by prowadzić z nami dialog. Po katechezie, tłumaczeniach i pozdrowieniach byłyśmy przepełnione radością, jakby… uduchowione i zupełnie bezsilne. Musiałyśmy usiąść i się posilić, tym razem fizycznie.

Po włoskim obiedzie wszystkie wpadłyśmy w szał zakupów. Marzenia Veronici i Julii spełniły się, nawet te najmniej prawdopodobne, czyli osobiste spotkanie z Ojcem Świętym, dlatego z czystym sumieniem mogły skupić się na wybieraniu ostatnich pamiątek dla rodziny, przyjaciół i dla siebie.

Po zakupach nastolatki z mamami udały się na wspinaczkę na kopułę wieńczącą bazylikę. Pojechały windą na dach bazyliki i stamtąd dzielnie pokonały 320 wąskich, stromych i krętych schodów. Jula już na początku trasy źle się poczuła, kręciło jej się w głowie, nie wiedziała gdzie jest, bała się iść. Niestety, nie było odwrotu, trzeba było wejść na samą górę, żeby zejść inną drogą. Na szczęście napotkani Polacy pomogli dziewczynce i jej mamie bezpiecznie dotrzeć na sam szczyt kopuły. Wysiłek został wynagrodzony zachwycającym widokiem. Można było zajrzeć w głąb państwa Watykan, podziwiać wypielęgnowane ogrody papieskie, zabudowania i wspaniałą panoramę Wiecznego Miasta, pomarańczowego Rzymu.

Po ostatnim rzucie oka na panoramę Rzymu i przejściu przez bazylikę, udałyśmy się do Osservatore Romano wyszukać zdjęcia z audiencji w auli Pawła VI. Odnalazłyśmy się i zaczęłyśmy dokładnie się przyglądać, na których najlepiej widać nas z papieżem. Wybrałyśmy kilka i zamówiłyśmy. Następnie, ostatni raz, wracałyśmy pociągiem do Bracciano. Tam zrobiłyśmy jeszcze zakupy spożywcze, żeby zabrać ze sobą do domów choć namiastkę słonecznej Italii. To był dzień pełen wzruszeń i ostatnich przyjemności, takich jak włoska kolacja i rozmowy na tarasie. Nie chciałyśmy kończyć tego dnia, dziewczynki do późna chłonęły „rzymskie wakacje”.

W czwartek po śniadaniu poszłyśmy w końcu na spacer po Bracciano. Urokliwe wąskie uliczki, schody i kolorowe kwiaty zapierały dech w piersiach. Imponujący zamek i widok na jezioro powstałe w wulkanicznym kraterze odebrały wszystkim mowę. Stromym zejściem dotarłyśmy na plażę. Nieczęsto ma się okazję zanurzyć stopy w jeziorze wulkanicznym… Woda była ciepła i tak przejrzysta, że można było policzyć kamienie na dnie. Jednak czarny piasek nie przypadł dziewczynom do gustu, wolą polskie nadbałtyckie plaże.

Wkrótce trzeba było wracać do domu. Prysznic, szybki makaron z sosem pomidorowym, uściski z Michałem i droga na lotnisko im. Leonarda da Vinci we Fumicino pod Rzymem. Pożegnałyśmy się telefonicznie z niezwykle gościnną i serdeczną Gosią, a Pawła dodatkowo wyściskałyśmy. Żal było wyjeżdżać. Nawet odlot samolotu nieco się opóźnił. Warszawa przywitała nas zachmurzonym niebem. Veronica z mamą pobiegły na pociąg do Krakowa, a Julia czekała na samolot do Szczecina. Dziewczynki chciały spotkać się ze znajomymi i nauczycielami podczas zakończenia roku szkolnego i opowiedzieć o tym, co przeżyły, co i kogo widziały. Pragnęły podzielić się swoją radością, swoim szczęściem ze spełnienia marzeń. Pożegnałyśmy się, przytuliłyśmy, obiecałyśmy wymienić zdjęciami… Nieubłagany czas rozstania musiał nadejść.

Choroba bardzo doświadczyła i cały czas doświadcza Veronicę i Julię. Dziewczynki będą walczyć do końca życia ze swoimi dolegliwościami, ponieważ nie ma lekarstwa na ich schorzenia. Choć choroba odebrała im bardzo wiele, nie udało jej się pozbawić nastolatek pozytywnego spojrzenia na świat, mimo wszystko. Obie chcą poznawać nowe, odkrywać, dotykać, smakować. Obie są wierzące. Obie chciały podziękować św. Janowi Pawłowi II, bo to do niego się modliły w najtrudniejszych chwilach. Obie marzyły o błogosławieństwie z rąk papieża Franciszka i udało się! Te kilka dni w Neapolu, Watykanie, Rzymie i w Bracciano dało im tak wiele. Przeżycia duchowe, kontakt z prawdziwą sztuką, wiekopomne dzieła, starożytne zabytki, ale też wspaniałe nowe smaki, zapachy przypraw i egzotycznych kwiatów, uliczny zgiełk, urokliwe wąskie uliczki. Tak wiele bodźców, tak różnorakie emocje, wrażenia. A do tego wszystkiego jeszcze ogromna życzliwość i otwartość wspaniałej polskiej rodziny.

Z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że były to nie tylko rzymskie wakacje, ale podróż życia dla naszych nastoletnich marzycielek. Przeżyte doświadczenia dodały im dużo sił. Zdjęcia, wspomnienia, rozmowy, wszystko to pozostanie z nimi na bardzo długo. Z Veronicą, Julią i z ich mamami.

Dziękujemy wszystkim ludziom o wielkich sercach, którzy pomogli nam w realizacji marzeń Julii i Veronici o wyjeździe do Włoch. W szczególności dziękujemy:

  • Gosi, Pawłowi i Michałowi Kaczmarek za otwarcie przed nami domu i serc;
  • Uczestnikom aukcji charytatywnej, która odbyła się podczas Gali Bankowości i Ubezpieczeń zorganizowanej przez firmę MMC Polska;
  • Darczyńcom, którzy za pośrednictwem portalu siepomaga.pl przekazali środki na realizację marzeń dziewcząt;
  • Hotelowi Courtyard by Marriott Warsaw Airport za ugoszczenie dziewcząt z mamami w swoich ekskluzywnych pokojach w Warszawie na Okęciu;
  • Pani Kasi Kuraszkiewicz za odkrycie przed nami Rzymu.

Bez Waszej pomocy realizacja fantazji Veronici i Julii byłaby niemożliwa. DZIĘKUJEMY!

Album ze zdjęciami tutaj.

Wróć

 

Newsletter

Sponsorzy

Jesteśmy na

Youtube NK